Słowo „wulkan” przygotowuje człowieka na coś większego.

Ogień, temperaturę, huk. Ziemię, która za chwilę zrobi coś, czego lepiej nie oglądać z bliska.

Błotny wulkan robi niewiele z tych rzeczy.

Najpierw jednak trzeba do niego dojechać.

I tu zaczyna się ciekawsza część wycieczki.

Ostatni odcinek pokonuje się samochodami miejscowych kierowców. W naszym przypadku były to stare Łady, wyglądające tak, jakby pamiętały czasy, kiedy Związek Radziecki miał jeszcze przed sobą całkiem niezłą przyszłość.

Czerwona Łada na tle błotnych wulkanów
Stara Łada przy błotnych wulkanach w okolicach Baku.

Nie wiemy, ile dokładnie miały lat.

Patrząc na tapicerkę, deskę rozdzielczą i wszystko, co podczas jazdy wydawało własne dźwięki, można było podejrzewać, że dużo.

Kierowcy najwyraźniej nie widzieli w tym nic szczególnego.

My trochę bardziej.

Droga po pewnym czasie przestawała przypominać drogę w europejskim rozumieniu tego słowa.

Łada nie próbowała jednak z nią dyskutować.

Po prostu jechała.

I zaczynało się wydawać, że właśnie do tego została kiedyś wymyślona.

Na miejscu szeroka, sucha przestrzeń. Kaspij gdzieś w tle. Szara ziemia i wyrastające z niej niewielkie stożki.

Wtedy przychodzi pierwsze rozczarowanie.

Są małe.

Niektóre bardzo małe.

Po całej tej drodze człowiek spodziewa się przynajmniej, że ziemia wykona jakiś numer.

Ziemia najwyraźniej nie została poinformowana, że przyjechaliśmy zobaczyć atrakcję turystyczną.

W niewielkim kraterze leży szare błoto.

Niewielki krater z bulgoczącym błotem
Jeden z niewielkich kraterów błotnych.

Pojawia się bańka.

Pęka.

Po chwili następna.

I właściwie tyle.

Najbardziej zaskakuje temperatura.

Wulkan każe odruchowo myśleć o czymś gorącym. Tymczasem błoto można spokojnie dotknąć.

Ludzie nabierają je na dłonie i rozsmarowują po rękach. Niektórzy uznają najwyraźniej, że skoro już pokonali tyle kilometrów, ograniczanie się do dłoni byłoby marnowaniem okazji i smarują znacznie większą część ciała.

My pozostaliśmy przy skromniejszej wersji eksperymentu.

Nie wiemy, czy skóra stała się dzięki temu młodsza, zdrowsza albo bardziej kaukaska.

Na pewno przez chwilę była szara.

Po kilku kolejnych bańkach zaczyna docierać, że żadnego finału nie będzie.

I może właśnie wtedy pojawia się właściwa atrakcja.

Nie wulkan.

Oczekiwanie.

Turystyka ma swoją księgowość.

Skoro jechaliśmy długo, miejsce powinno być odpowiednio interesujące.

Skoro trzeba było przesiąść się do starej Łady, cel powinien uzasadnić stan jej zawieszenia.

Skoro miejsce trafiło na listę rzeczy, które warto zobaczyć, rzeczywistość powinna zachować się przyzwoicie i zrobić na nas wrażenie.

Nie zrobiła.

Błotny wulkan okazał się małym kopcem z chłodnym, bulgoczącym błotem.

Bańka rosła.

Pękała.

Następna.

Można było zrobić zdjęcie.

Posmarować rękę.

Poczekać jeszcze pięć minut na geologiczny finał.

Nie przyszedł.

I ziemia naprawdę nie była temu winna.

To my przyjechaliśmy z przekonaniem, że skoro odbyliśmy drogę, rzeczywistość powinna wypłacić nam odsetki.

Po chwili znowu siedzieliśmy w Ładzie.

Popękany fotel.

Stara kierownica.

Dźwignia zmiany biegów.

Kierowca, dla którego samochód wyglądający dla nas jak eksponat muzealny był zwyczajnym narzędziem pracy.

Wulkany zostały z tyłu.

Łada jechała dalej.

I kiedy dziś wraca wspomnienie tej wycieczki, najpierw pojawia się właśnie ona.

Nie błoto.

Może więc od początku błędnie założyliśmy, co w tej podróży miało być atrakcją.

Błotny wulkan był tylko błotnym wulkanem.

I wcale nie musiał być czymś więcej.