Zaczęło się od Cukierkowych Gór.

Candy Cane Mountains wyglądają na zdjęciach jak miejsce, które powinno zatrzymać człowieka na dłużej. Pasy czerwieni, bieli i rdzy układają się na zboczach tak regularnie, jakby ktoś postanowił poprawić geologię dla potrzeb turystów.

Na miejscu było inaczej: ładnie, osobliwie, ale bez objawienia.

Popatrzyliśmy, zrobiliśmy zdjęcia i pojechaliśmy dalej. Zdjęcia obiecywały więcej, niż zastaliśmy na miejscu.

Pasma czerwieni, bieli i rdzy na zboczach Candy Cane Mountains w Azerbejdżanie.
Candy Cane Mountains, Azerbejdżan.

Kaukaz dopiero się zaczynał.

Rozległy krajobraz gór Kaukazu w Azerbejdżanie z doliną, rzeką i drogą wijącą się między zboczami.
Kaukaz, Azerbejdżan.

Psy znałem już z innego Kaukazu. Kilka lat wcześniej w Gruzji przekonałem się, że wielkie psy chodzące swobodnie przy drogach i osadach są niemal częścią miejscowego krajobrazu. Potrafią leżeć z obojętnością właściciela terenu, a chwilę później podejść na tyle blisko, żeby przypomnieć człowiekowi, że w górach nie wszystko zostało urządzone dla jego komfortu.

Tutaj było ich mniej, ale wystarczyło kilka, żeby wróciła pamięć tamtych gruzińskich spotkań. Dla mnie psy stały się jedną z wizytówek Kaukazu.

Droga prowadziła coraz wyżej, a góry odsłaniały się coraz szerzej. Z każdym zakrętem krajobraz robił się większy, a rzeczy, które jeszcze godzinę wcześniej wydawały się interesujące, zaczynały tracić znaczenie.

Nad nami krążyły orły. Pojawiały się nad zboczami, znikały i po chwili znowu były gdzieś nad głową.

Po drodze stanęliśmy przy Eagle Top, pomniku orła ustawionym nad drogą. Trochę tak, jakby ktoś uznał, że Kaukaz potrzebuje oficjalnego potwierdzenia tego, co sam pokazuje wystarczająco wyraźnie.

W Chinaligu człowiek spodziewa się autentyczności. To niebezpieczne słowo w podróży, bo zwykle oznacza, że mamy już w głowie gotową scenę i liczymy, że rzeczywistość odegra ją zgodnie ze scenariuszem.

Starszy mieszkaniec miejscowości chciał rozmawiać. Próbował opowiadać o tym miejscu, o życiu wysoko w górach, o świecie, który znał znacznie dłużej niż my. Tyle że obok trwał obiad.

Duża grupa turystów była zajęta jedzeniem. Rozmowa coraz częściej przegrywała z talerzami, nawoływaniami, przesuwanymi krzesłami i całym zgiełkiem posiłku.

On chciał opowiadać, my chcieliśmy słuchać. Obiad miał inne plany.

Wśród turystów było zaskakująco wielu Polaków. Duża zorganizowana grupa, jakaś polska wyprawa spod znaku bezdroży, dotarła aż tutaj, żeby na chwilę przestać się po nich poruszać i usiąść przy stole.

Człowiek jedzie tysiące kilometrów, wspina się coraz wyżej, patrzy na osadę przyklejoną do gór i po chwili słyszy rozmowę, którą równie dobrze mógłby usłyszeć w kolejce do kasy w Białymstoku.

Dzieci, które do nas podchodziły, dobrze wiedziały, po co przyjeżdżają turyści. Chciały oprowadzać, wskazywać drogę, coś pokazać, zostać przewodnikami. Wyglądało na to, że dawno zrozumiały prostą zasadę ekonomii: skoro ktoś przyjechał z daleka oglądać twoją miejscowość, być może można mu tę miejscowość jeszcze trochę sprzedać.

Czasem trzeba było od nich po prostu odejść.

W meczecie zaproponowano nam herbatę, a potem magnesy.

Sacrum, gościnność i drobny handel bez najmniejszego konfliktu mieściły się pod jednym dachem. To raczej my mamy potrzebę ustawiania ich w osobnych szufladach.

Niewielki garnizon i zabudowania w dolinie otoczone rozległymi górami Kaukazu.
Mały garnizon w ogromie Kaukazu.

Gdzieś dalej, w ogromie gór, zobaczyliśmy garnizon wojskowy, niewielki punkt w krajobrazie. Za tymi górami była wielka, nienażarta Rosja.

Pomyślałem o granicach, wojsku i całej ludzkiej potrzebie stawiania strażników w miejscach, w których kończy się jedna kreska na mapie, a zaczyna druga. Przy ogromie po drugiej stronie jeden garnizon wydawał się raczej gestem niż przeszkodą.

Potem spojrzałem na Kaukaz. Same góry wyglądały na znacznie skuteczniejszą przeszkodę.

Kaukaz najwyraźniej nie został poinformowany, że uczestniczy w geopolityce. Po prostu tam był.

Przy drodze leżały psy, nad nami wciąż krążyły orły, a garnizon pilnował granicy.

Tylko góry nie wyglądały, jakby cokolwiek musiały robić.