Wieżę Dziewiczą można obejść w kilkanaście minut.
Zrobić zdjęcie, przeczytać tablicę, spojrzeć w stronę bulwaru i ruszyć dalej. W Baku nie brakuje przecież rzeczy, które czekają, żeby je zobaczyć.
My zrobiliśmy coś odwrotnego.
Usiedliśmy niedaleko wieży i przez kilka godzin właściwie nigdzie się nie spieszyliśmy.
Po pewnym czasie przestaje się wtedy oglądać zabytek.
Zaczyna się oglądać ludzi.

Jedni zatrzymywali się tylko na chwilę. Inni ustawiali do zdjęć. Ktoś sprawdzał coś w telefonie, ktoś na kogoś czekał. Byli też tacy, którzy przechodzili obok Wieży Dziewiczej bez najmniejszego zainteresowania, jakby stała tam od zawsze i nie było żadnego powodu, żeby kolejny raz podnosić na nią wzrok.
Po godzinie wieża staje się scenografią.
Turysta zwykle robi odwrotnie. Patrzy na budynek, a ludzi uważa za tych, którzy właśnie weszli mu w kadr.
Wystarczy jednak posiedzieć trochę dłużej i role się odwracają.
Niedaleko był sklep z dywanami.
Jeden naprawdę nam się spodobał. Na tyle, że rozpoczęło się targowanie.
Sprzedawca podał cenę.
Padła inna.
Oburzył się.
Potem trochę mniej.
W pewnym momencie dywan zniknął z wystawy i zaczęło wyglądać całkiem poważnie, że wrócimy z Azerbejdżanu z czymś znacznie większym niż magnes na lodówkę.
A potem pojawiła się cola.
Sprzedawca był muzułmaninem. Piwa nie pił i od nas również by go nie przyjął. Przyniósł więc colę.
I mniej więcej wtedy, bez żadnego oficjalnego komunikatu, handel został zawieszony.
Nie ustaliliśmy ceny.
Po prostu cena przestała być ważna.
Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Dywan nie wracał na wystawę, sprzedawca nie wracał do sprzedaży.
Jakby chwilę wcześniej najważniejszą rzeczą na świecie było uzgodnienie ceny dywanu, a pięć minut później nikt już dokładnie nie pamiętał, po co właściwie zaczęliśmy rozmowę.
Nie kupiliśmy go.
Sprzedawcę zapamiętaliśmy.
I chyba bardziej niż wiele rzeczy, które tego dnia zobaczyliśmy.
Pod Wieżą Dziewiczą wróciło też Ali i Nino.
Baku z tej książki jest miastem pomiędzy światami. Europą i Azją, islamem i chrześcijaństwem, Persją, Rosją i Kaukazem.
Literatura lubi takie granice.
Ludzie trochę mniej.
Ci przechodzący przed nami nie wyglądali, jakby zajmowała ich rola przedstawicieli Wschodu albo Zachodu. Szli gdzieś. Czekali. Rozmawiali. Robili zdjęcia. Kupowali. Nie kupowali.
Kilkaset metrów dalej był Kaspij.
Morze Kaspijskie, jeśli trzymać się nazwy.
Wygląda jak morze. Nazywa się morzem. Stojąc na bulwarze, trudno mieć do tej nazwy jakieś zastrzeżenia.
Tyle że nie ma naturalnego połączenia z oceanem i jest największym zamkniętym akwenem świata.
Morze, które pod wieloma względami jest jeziorem.
Lubię takie nieporządki.
Nie dlatego, że dobrze brzmią jako ciekawostka.
Raczej dlatego, że przypominają, jak łatwo nazwa załatwia za nas całą resztę.
Jeżeli coś nazwaliśmy morzem, przestajemy pytać, czy rzeczywiście nim jest.
Jeżeli ktoś jest sprzedawcą, oczekujemy, że będzie chciał sprzedawać.
Jeżeli przyjechaliśmy zobaczyć Wieżę Dziewiczą, zakładamy, że właśnie na nią powinniśmy patrzeć.
A potem siedzi się kilka godzin i okazuje się, że najwięcej zostaje z tego, co miało być tylko tłem.
Nie zrozumieliśmy wtedy Baku.
Kilka godzin przy jednym stoliku byłoby do tego dość skromnym materiałem.
Po prostu patrzyliśmy na ludzi.
Ktoś przychodził.
Ktoś odchodził.
Sprzedawca dywanów przestał sprzedawać dywan i przyniósł colę.
Kaspij leżał niedaleko i pozostawał morzem, choć geografia miała w tej sprawie pewne zastrzeżenia.
Wieża stała na swoim miejscu.
Nie wydarzyło się nic, co należałoby wpisać do przewodnika.
Dlatego warto było tam siedzieć.