Przy twierdzy w Hisorze rosną stare platany. Miejscowi mówią, że w ich cieniu odpoczywali podróżnicy i zdobywcy. Miał siadać pod nimi także Tamerlan.

Nie wiem, czy rzeczywiście siedział pod jednym z tych drzew. W Azji Centralnej podobne historie czasem mają się dobrze bez pomocy historyków.

Usiadłem więc i ja. Patrząc na twierdzę i stare drzewa, myślałem, że historia kiepsko nadaje się na sprawiedliwego sędziego.

Kilka dni później pod hotel w Duszanbe podjechał samochód terenowy.

Do niewielkiej, ale zgranej grupy rodaków dołączyłem jeszcze w Samarkandzie. Później była granica Tadżykistanu, góry Fon, zimne wody Siedmiu Jezior oraz lekkie trekkingi. Dla mnie były też pierwszym przygotowaniem do wysokości.

Z Duszanbe grupa wracała do Polski. My zostawaliśmy.

Jechałem dalej z wieloletnim towarzyszem podróży, który od lat zawodowo zajmuje się pokazywaniem ludziom świata. Podróżował od Islandii po Invercargill i od Magadanu po Limę, a sporą część Transsybu przejechaliśmy kiedyś razem. Jest współautorem przewodnika po okolicach Bajkału. Jest też miłośnikiem tegoż Bajkału i pyr. W końcu pochodzi z Poznania.

Chcieliśmy przejechać Pamir, poznać trasę i sprawdzić ją tak, żeby później można było możliwie bezpiecznie pokazywać ją innym.

Samochód prowadził starszy Tadżyk. Szybko stał się naszym towarzyszem podróży. Znał Pamir od lat: drogi, ludzi, obyczaje, kuchnię i sposoby radzenia sobie w miejscu, którego my dopiero się uczyliśmy.

Planowaliśmy jechać przez Kalai Khumb, Chorog, Wachan, Murgab i Karakul, potem przekroczyć granicę z Kirgistanem i dotrzeć do Osz. Dalej mieliśmy wjechać do Uzbekistanu i przez Andiżan dotrzeć do Taszkentu. Na mapie wszystko wyglądało całkiem jednoznacznie.

Kalai Khumb nazywają bramą Pamiru. Na drodze spotykaliśmy motocyklistów, rowerzystów, ludzi w terenówkach i miejscowych, którzy jeździli tędy od lat: do rodziny, z towarem, do pracy, z jednej doliny do drugiej. Nie musieli sobie zadawać pytania, czy droga jest wystarczająco interesująca.

Był Białorusin na motocyklu, który chciał przejechać Pamir, a potem wrócić do domu. Był też Japończyk, również na motocyklu. Kupił go w Wielkiej Brytanii i zamierzał dojechać nim aż do Japonii. Spotkali się gdzieś po drodze i postanowili przez jakiś czas jechać razem. Nie mieli nawet wspólnego języka, w którym mogliby swobodnie rozmawiać.

Później spotykaliśmy ich wiele razy. W końcu Białorusin i Japończyk zaczęli wyglądać jak jedna, dość egzotyczna załoga.

Zastanawiało mnie, co właściwie ciągnie ludzi w Pamir. Same góry nie wydawały mi się wystarczającą odpowiedzią. Ludzie przyjeżdżali z bardzo daleka, świadomie wybierali trudną drogę i nie wyglądali na zaskoczonych brakiem wygód. Może właśnie o tę trudność chodziło? Ja przecież też mogłem wrócić z Duszanbe do Polski.

Po drugiej stronie Pandżu

Za Kalai Khumb jechaliśmy wzdłuż Pandżu. Po drugiej stronie rzeki, na afgańskim zboczu, ciągnęła się ścieżka.

Po naszej stronie asfalt miejscami wyglądał jak wspomnienie lepszych czasów. W obu kierunkach jechały ciężarówki, terenówki i osobówki, które młodość miały dawno za sobą. Po afgańskiej ścieżce szli piesi, od czasu do czasu przejeżdżał motocyklista.

Nie pamiętam wiosek ani domów, które pozwalałyby powiedzieć, skąd ci ludzie wyszli i dokąd zmierzali. Czasami nam machali. Odmachiwaliśmy.

Po naszej stronie pojawiały się patrole tadżyckich żołnierzy i pograniczników. Chętnie rozmawiali, ale zdjęć robić nie pozwalali.

Tadżykistan nie sprawiał wrażenia kraju zamożnego. Przy tym, co widziałem po drugiej stronie rzeki, chwilami wyglądał jednak jak bogatszy brat. Później słuchaliśmy Tadżyków opowiadających o Polsce jako miejscu, do którego warto wyjechać, żeby pracować, zarobić, zacząć coś innego.

Zastanawiałem się, jaki kraj jest po drugiej stronie własnego Pandżu Polaka.

Przez kilka dni jazdy wzdłuż granicy zobaczyliśmy tylko jedno przejście przez rzekę, most w rejonie Vanj. Kusiło mnie, żeby przejść i móc potem powiedzieć: byłem w Afganistanie.

Przez chwilę byłem dokładnie takim turystą, z jakiego sam potrafię się śmiać. Cały kraj chciałem zmieścić w dwóch słowach: byłem tam.

Przy moście stali jednak żołnierze.

Most graniczny przez Pandż w rejonie Vanj, między Tadżykistanem a Afganistanem.
Przez kilka dni jazdy wzdłuż granicy zobaczyliśmy tylko jedno przejście przez rzekę.

Kiedyś czytałem gdzieś, że granice biegnące rzekami należą do najtrwalszych. Przez lata wydawało mi się, że napisał to Ryszard Kapuściński. Później próbowałem znaleźć ten fragment i nie znalazłem. Może więc nie Kapuściński. Może zapamiętałem zdanie, a zgubiłem autora. Patrząc na Pandż i góry po obu stronach, łatwo było mi w tę trwałość uwierzyć.

Czasem zatrzymywano cały ruch. Nad trasą wisiały niebezpieczne fragmenty skał. Służby zamykały drogę, w kontrolowany sposób strącały grożące osunięciem nawisy, a później oczyszczały przejazd. Kierowcy jadący w stronę Pamiru i Duszanbe czekali po kilka godzin. Nie było objazdu.

Nie pamiętam szczególnej nerwowości. Ludzie wychodzili z samochodów. Motocykliści zdejmowali kaski. Kierowcy zaczynali rozmawiać z pasażerami innych aut.

Podczas takich postojów rozmawialiśmy o pracy, Polsce, edukacji, ciężarówkach i wyjazdach za granicę. Także o tym, kim Tadżycy są i za kogo się uważają, oraz o wojnie domowej, o której wcześniej wiedziałem właściwie tylko tyle, że była.

W jednym z domów przejrzeliśmy podręcznik do matematyki. Mieliśmy porównanie z polskimi podręcznikami dla dziecka w podobnym wieku. Materiał nie wyglądał na mniej wymagający. Rozmawialiśmy też o tym, co takie wykształcenie może później dać młodemu człowiekowi w Tadżykistanie.

Mówili o wyjeździe do Polski, o pracy na taksówce albo ciężarówce i możliwości zarobienia pieniędzy. Przyjechałem z kraju, w którym praca na taksówce nie należy raczej do tradycyjnych symboli awansu społecznego. Dla nich mogła oznaczać większe możliwości.

Naród poetów

Kiedy rozmowa schodziła z tego, co można robić, na to, kim się jest, Tadżycy, których spotykaliśmy, nie cierpieli na niedostatek dumy. Mówili o sobie „naród poetów”. O sąsiadach potrafili z uśmiechem powiedzieć, że tamci są raczej kupcami. Przywoływali Rudakiego, Awicennę, perskie dziedzictwo i starą kulturę. Czasem słyszeliśmy, że Tadżycy są najstarszym albo najlepiej wykształconym narodem Azji Środkowej.

Nie próbowałem urządzać przy drodze zawodów na najstarszy i najmądrzejszy naród regionu. Żalili się, że turyści wybierają Uzbekistan czy Kazachstan, a ich kraj tak często pomijają.

Podział na poetów i kupców był piękny. Życie najwyraźniej nie czuło się zobowiązane go przestrzegać.

W jednym z zachowanych fragmentów Rudakiego największą radością jest spotkanie bliskiego przyjaciela, a największą goryczą rozstanie. Pomyślałem o Białorusinie i Japończyku, którzy bez wspólnego języka postanowili jechać razem.

W rozmowach pojawiła się też wojna domowa. Kolejne doliny wyglądały jak osobne światy. Góry odgradzały je od siebie skuteczniej niż niejeden posterunek. Nie rozumiałem, o co ich mieszkańcy mieli prowadzić wojnę, skoro każdy i tak wyglądał, jakby żył trochę po swojemu.

Dopiero później dowiedziałem się więcej. Wojna rozpoczęła się w 1992 roku, a porozumienie pokojowe zawarto w 1997. Rywalizacja o kontrolę nad nowym państwem nakładała się na regionalne sieci wpływów, lokalne konflikty i podziały polityczne. Odrębność dolin nie rozstrzygała przecież, kto będzie rządził w Duszanbe po rozpadzie Związku Radzieckiego.

Samo państwo też okazało się młodsze, niż sobie uświadamiałem. W 1924 roku utworzono Tadżycką Autonomiczną Republikę Radziecką jako część Uzbekistanu. Pięć lat później Tadżykistan stał się odrębną republiką związkową. Samarkanda i Buchara, ważne historyczne ośrodki perskojęzycznej kultury, pozostały w Uzbekistanie.

Przypomniała mi się Samarkanda, w której kilka dni wcześniej dołączyłem do grupy. Registan został w Uzbekistanie, choć związki języka i kultury sięgały poza granicę. Język tadżycki jest środkowoazjatycką odmianą nowoperskiego. W Górskim Badachszanie używa się także miejscowych języków pamirskich, należących do grupy wschodnioirańskiej.

Tej drogi pilnowano wcześniej

W Wachanie oglądaliśmy twierdze Qah-Qaha i Jamczun, z Hindukuszem na horyzoncie. Przy jednej z nich pojawiły się dzieci z pobliskiej szkoły i próbowały rozmawiać z nami po angielsku.

Twierdza Jamczun w dolinie Wachanu na tle wysokich gór Pamiru.
Twierdza Jamczun. Tej drogi pilnowano na długo przed współczesnymi granicami.

Tej drogi pilnowano na długo przed Związkiem Radzieckim i współczesnymi granicami. „Jedwabny Szlak” brzmi dziś niemal jak marka turystyczna. Kupcy, którzy korzystali z tej sieci dróg, musieli przez te góry przejść.

Któregoś wieczoru, marznąc w łóżku w jednym z domów po drodze, przypomniałem sobie „Kima” Rudyarda Kiplinga i Wielką Grę. Kipling nie opisywał naszej trasy, ale jechaliśmy wzdłuż granicy wyznaczonej przez rywalizujące imperia.

W 1873 roku Rosja i Wielka Brytania uzgodniły w tej części Azji przebieg swoich stref wpływów wzdłuż rzek Pamir i Pandż. Późniejsze ustalenia pozostawiły afgański Wachan jako bufor pomiędzy rosyjską Azją Centralną a brytyjskimi Indiami.

W Bibi Fatimie wykąpaliśmy się w gorącym źródle ukrytym w skałach.

Przy powitaniach kładliśmy rękę na sercu. Assalomu alejkum. Z początku mnie to krępowało. Miałem wrażenie, że wykonuję gest należący do cudzego świata. Po kilku dniach ręka sama trafiała na serce.

Za Wachanem krajobraz robił się coraz bardziej surowy. Zieleń stopniowo ustępowała, miejscowości pojawiały się rzadziej. W Bulunkul zastanawiałem się, jak ludzie nauczyli się tutaj żyć.

Spotkaliśmy hodowców wielbłądów. Nie chciałem robić z tego opowieści o „twardych ludziach gór”. Człowiek przyjeżdża na kilka godzin, patrzy na cudze życie i natychmiast odkrywa jego filozofię. My następnego dnia jechaliśmy dalej.

Rynek w Murgabie mieścił się w kontenerach. W jednym z nich sprzedawano surowe mięso jaka. Jedzenie było proste: ryż, kasza, makaron, mięso, jajko. Po jakimś czasie człowiek przestawał pytać, czy danie jest lokalną specjalnością. Wystarczał ciepły posiłek.

Przełęcz Ak-Baital leży na wysokości 4655 metrów. Wcześniej ostrożnie próbowaliśmy trekkingów, pilnując aklimatyzacji.

Góry przeżyły komunizm bez szczególnego wysiłku

Wracała do mnie myśl, że ogromne góry należą do porządku bliskiego temu, który ludzie od tysiącleci rezerwują dla bogów. Wydawały mi się czyste, niemal nieskończone, obojętne na nasz ból, radość, granice i wojny. Osobliwa była przy tym potrzeba nazywania ich na cześć przywódców i ideologii. Pik Lenina, Pik Komunizmu. Trzeba mieć sporo pewności siebie, żeby podpisywać sobą górę. Góry przeżyły komunizm bez szczególnego wysiłku.

Niskie zabudowania Karakul we wschodnim Pamirze, z górami w tle.
Karakul. Miejsce, przez które wielu chciało przejechać, ale niekoniecznie zostać.

Kiedy dotarliśmy do Karakul, Ak-Baital mieliśmy już za sobą, ale nadal byliśmy wysoko. Wielu motocyklistów wolało jechać dalej w stronę Kirgistanu, niż spędzić tu noc. Miałem wrażenie, że samo miejsce trochę ich odstraszało. Może dopisuję to dzisiaj. Może po prostu chcieli wykorzystać dzień i zyskać kilometry.

Pojawili się Szwajcarzy na rowerach. Szukali noclegu i prysznica. Znaleźli tylko nocleg. Powiedzieli, że od około tygodnia nie mieli się gdzie porządnie umyć. Zostali na kolację.

Przy stole siedzieliśmy ze Szwajcarami, rosyjskimi motocyklistami, grupą młodych Holendrów i francuską parą podróżującą własnym dużym samochodem terenowym.

Tego wieczoru jedliśmy też królika, którego wcześniej potrąciliśmy na drodze. Nasz kierowca go zabrał i oprawił. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek urządzał z tego wydarzenie. W miejscu, gdzie mięsa nie było w nadmiarze, zostawienie go przy drodze najwyraźniej miałoby mniej sensu niż zjedzenie.

W Karakul spędziliśmy najzimniejszą noc podróży. Nie mieliśmy możliwości normalnego umycia się. Do tego źle poczuł się nasz kierowca. Z powodu choroby wysokościowej musiał wrócić. Zaczęliśmy szukać kogoś, kto zabierze nas dalej.

Francuska para miała miejsce w samochodzie. Zapytaliśmy o pomoc.

„No possible”.

To zdanie pamiętam do dziś. Miejscowi też byli zaskoczeni odmową. Jedno „No possible” wystarczyło, żeby nie robić z Pamiru szkoły powszechnego braterstwa.

W końcu znaleźliśmy miejscowego kierowcę. Miał jechać ze swoją grupą w przeciwną stronę, do Duszanbe. Zgodził się jednak najpierw, bardzo wcześnie rano, zawieźć nas pod granicę, a później wrócić po swoich ludzi.

Wszyscy umówiliśmy się na szóstą

Umówiliśmy się na szóstą. Pojawił się godzinę wcześniej. On funkcjonował według czasu kirgiskiego, my nadal według tadżyckiego.

Przypomniał mi się Bułhakow. Wszyscy umówiliśmy się na szóstą i nikt nie pomylił godziny.

Dowiózł nas do tadżyckiego punktu granicznego na Kyzyl-Art i wrócił. Do kirgiskiego posterunku pozostawała długa droga przez góry. Pogranicznicy mówili, że spędzają tam długie zmiany.

Tadżycki posterunek graniczny Kyzyl-Art w wysokich górach Pamiru.
Tadżycki posterunek graniczny Kyzyl-Art.

Dostaliśmy herbatę, potem śniadanie. Pozwolili nam czekać i udostępnili internet.

Dzięki temu znaleźliśmy kierowcę w Kirgistanie. Musiał przejechać przez swój posterunek, pokonać długi odcinek pomiędzy punktami granicznymi i dotrzeć aż do tadżyckiego szlabanu. Przyjechał po nas do Tadżykistanu.

To był chyba najważniejszy wynik całego rekonesansu. Sprawdzając trasę dla innych, trzeba było wiedzieć także, co zrobić, kiedy kierowca musi zawrócić. Sam fakt, że nam udało się przejechać, jeszcze tego nie załatwiał.

Po kirgiskiej stronie droga wychodziła ku Dolinie Ałajskiej. W krajobrazie znów pojawił się Pik Lenina. Coraz łatwiej było oddychać.

Osz nie jest wielką metropolią. Po Pamirze wyglądał jak Nowy Jork. Były sklepy, restauracje, hotel. Można było pójść na spacer, zjeść kolację i nie zastanawiać się, czy rano znajdzie się samochód, który pojedzie dalej.

Białorusin gdzieś zniknął. Japończyka spotkaliśmy jeszcze raz.

Osz od stuleci leżał na ważnych drogach przez Kotlinę Fergańską. W średniowieczu był jednym z większych miast regionu, na przecięciu tras Jedwabnych Szlaków. Po kilku dniach Pamiru łatwiej było mi wyobrazić sobie kupców i podróżników docierających tutaj po górskiej drodze.

Tamerlan został pod platanami przy twierdzy w Hisorze. Z Pamiru zostały mi twarze ludzi, których historia raczej nie zapamięta.

W hotelu w Osz recepcjonista podczas rozmowy z nami zatykał nos.

Źródła i kontekst