Z Ko'k Saroy Plaza najprostsza droga na Registan prowadzi najpierw do kasy biletowej. Dopiero później plac odsłania się w całej okazałości.

To trochę odwrócona kolejność. Zwykle można najpierw stanąć przed trzema medresami, chwilę popatrzeć i dopiero potem zdecydować, czy chce się wejść. Tutaj najpierw kupujesz bilet, a potem musisz jeszcze kawałek przejść. Trzeba więc zaufać komuś, kto już tam był, albo po prostu zaryzykować.

Podczas ostatniego pobytu zrządzenie losu postawiło mnie na chwilę w roli przewodnika grupy z Polski. Na Registan ruszyliśmy już w mocno okrojonym składzie. Niektórzy byli tam wcześniej i z nieznanych mi powodów nie chcieli wracać.

Minęliśmy kasę, kupiliśmy bilety i dopiero po chwili plac zaczął się odsłaniać. Gdy podchodzi się do Registanu od strony miasta, trzy medresy widać już wcześniej. Tutaj przez moment właściwie nie wiadomo, za co przed chwilą się zapłaciło. Potem wszystko staje się jasne.

Jeżdżąc po Samarkandzie samochodem, można odnieść podobne wrażenie. Raz pomiędzy budynkami pojawia się kopuła, innym razem minaret albo fragment fasady na końcu ulicy. Z niektórych stron przez kilka sekund trudno nawet rozpoznać miejsce, które przecież zna się bardzo dobrze.

Mam przez to czasem wrażenie, że Registan nie stoi w jednym punkcie Samarkandy. Co jakiś czas pojawia się między budynkami, jakby miasto sprawdzało, czy jeszcze o nim pamiętam.

Widok na kopuły i minarety Registanu z ulicy Samarkandy
Registan nie zawsze pojawia się od frontu. Czasem najpierw widać tylko fragment.

Pierwszy był o świcie

Pierwszy Registan pamiętam najlepiej o świcie. Pojechaliśmy tam specjalnie na wschód słońca. Jedna z części kompleksu była wtedy remontowana. Zagadaliśmy ochroniarza, a po krótkiej rozmowie i ustaleniu stawki pozwolił nam wejść wyżej, na remontowaną część przy kopule.

Dzisiaj remont jest już dawno skończony. Przy każdym kolejnym przyjeździe do Samarkandy szukam jednak wzrokiem właśnie tej kopuły. Była pierwsza. Został z nią mój pierwszy świt nad Registanem i dlatego jej widok stał się czymś w rodzaju prywatnego powitania z placem.

Jeszcze tego samego dnia niemal spóźniłem się na samolot. Bagaż został w hotelu, więc wsiedliśmy do taksówki. Kierowca nie wiedział jednak, jak do niego trafić, choć miasto nie jest przecież szczególnie duże. Na nawigację nie mógł liczyć, a kilka telefonów do znajomych też niewiele wyjaśniło. Ja z kolei odkryłem, że zrobiłem coś jeszcze głupszego: nie wziąłem wizytówki hotelu.

Jeździliśmy więc po Samarkandzie, próbując odnaleźć miejsce, z którego kilka godzin wcześniej po prostu wyszedłem. Czas do odlotu znikał znacznie szybciej niż ulice za oknem. Od tamtej pory wizytówkę hotelu biorę zawsze.

Samarkanda istniała wcześniej

Pierwszy Uzbekistan miałem w głowie jeszcze przed wyjazdem. Składał się z Jedwabnego Szlaku, Samarkandy, Buchary, Chiwy i starców z długimi białymi brodami. Były w nim też nazwy, które brzmiały tak dobrze, że nie potrzebowały żadnych obrazów: Amu-daria, Syr-daria, Samarkanda.

Przed podróżą ktoś polecił mi książkę Dywan perski. To w niej trafiłem na Omara Chajjama, choć dzisiaj nie potrafiłbym już powiedzieć, które dokładnie czterowiersze wtedy ze mną zostały. Dopiero później zacząłem kojarzyć Chajjama także z Samarkandą, gdzie przez pewien czas przebywał i pracował jako uczony.

W tej części świata łatwo pomylić szuflady. Poeta okazuje się matematykiem, władca astronomem, a medresa nie jest wyłącznie miejscem religii. Miasto, które z Europy wydaje się leżeć na końcu świata, przez stulecia samo było jednym z jego centrów.

Mój pierwszy obraz Uzbekistanu powstał więc przed podróżą. Rzeczywistość zaczęła go później poprawiać. Z czasem zacząłem się zastanawiać, ile z tego, co nazywałem zachwytem nad Uzbekistanem, było naprawdę reakcją na miejsce, a ile satysfakcją, że rzeczywistość choć trochę przypomina obraz, który przywiozłem ze sobą.

Ten sam plac, inny Registan

Do Uzbekistanu wracałem kilka razy. Jedną podróż musiałem przerwać właśnie w Samarkandzie i wcześniej wrócić do Polski. Następnym razem przywitałem w Uzbekistanie Nowy Rok 2025. Potem pojechałem tam ponownie, żeby dokończyć trasę do Tadżykistanu.

Za każdym razem wracał też Registan. Przez długi czas myślałem o tym po prostu jako o powrocie do tego samego miejsca. Plac przecież się nie przeniósł, medresy nadal stoją, a kopuły są mniej więcej tam, gdzie były. Mimo to za każdym razem trafiałem na trochę inny Registan.

Podczas ostatniego pobytu weszliśmy do medresy Ulugbeka. Wokół trwał zwykły turystyczny ruch. Ludzie fotografowali, przechodzili z jednego miejsca do drugiego i sprawdzali, co jeszcze zostało do zobaczenia. Próbowali zmieścić jak najwięcej Samarkandy w czasie, który mieli. Przy krótkim pobycie sam robiłem podobnie.

My weszliśmy na piętro i usiedliśmy przy kawie gotowanej w piasku. W pewnym momencie rozmowa zeszła na mój tatuaż kota Behemota, a od niego na Mistrza i Małgorzatę. I tam już zostaliśmy…

Dziedziniec medresy na Registanie z dekoracyjnymi łukami i mozaikami
W środku medresy monumentalny plac zamienia się w detale

Wokół nas Registan pędził dalej. Kolejne grupy robiły zdjęcia i przechodziły do następnych punktów programu, a my siedzieliśmy. Przez chwilę wyglądało to niemal filmowo, jakby cały plac znał swój plan dnia, a przy jednym stoliku czas zwolnił.

Dopiero później zauważyłem drobny zbieg okoliczności. Registan oznacza mniej więcej „piaszczyste miejsce”, a kawa, przy której rozmawialiśmy o Bułhakowie, gotowała się w piasku. To oczywiście niczego nie dowodzi, ale od tamtej pory te dwa obrazy wracają do mnie razem.

Oryginał jest jeden

Kilka dni temu ponownie sięgnąłem po Mistrza i Małgorzatę. Miałem okazję porównać dwa polskie przekłady: Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego oraz Leokadii, Grzegorza i Igora Przebindów. Zacząłem czytać te same sceny w obu wersjach.

Różnicę słychać od razu. Zmieniają się język i rytm zdań, a dowcip czasem pada w innym miejscu. Trafiłem akurat na wizytę Korowiowa i Behemota w Torgsinie. W tej scenie dobrze widać motto powieści, słowa Goethego, którymi Bułhakow ją otwiera: „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”. Diabelska świta wydobywa na powierzchnię absurd, który wcześniej uchodził za normalność. Właśnie tutaj różnicę między przekładami było słychać szczególnie wyraźnie.

Oba zaczynają się od tego samego rosyjskiego tekstu, ale brzmią inaczej. Wtedy pomyślałem o Registanie. Może z miejscami jest podobnie: pozostają tam, gdzie były, lecz za każdym razem patrzy na nie człowiek trochę inny niż poprzednio. I wtedy zrobiło się trochę mniej wygodnie. Bo jeśli Registan jest oryginałem, to nie on się zmienia. Zmienia się tłumacz. Czyli ja.

Pierwszy Registan widział ktoś, kto nie mógł uwierzyć, że stoi w Samarkandzie. Następny był już obciążony pamięcią pierwszego. Później pojawił się Registan podróży nagle przerwanej, zimowy i noworoczny. Był też ten ostatni, na którym można było pozwolić sobie na luksus siedzenia przy kawie, podczas gdy inni próbowali zobaczyć wszystko.

Registan w Samarkandzie zimą, widziany z głównego podejścia na plac
Ten sam plac, inna pora roku.

Za pierwszym razem widziałem głównie to, co znajdowało się przede mną. Później dochodziło do tego wszystko, co sam ze sobą przywoziłem.

Samarkanda przed Samarkandą

Tiziano Terzani przyjechał do Samarkandy na początku lat dziewięćdziesiątych. W Dobranoc, panie Lenin! zaczyna samarkandzką opowieść właściwie od brzmienia nazwy. Samarkanda należy u niego do miejsc, które istnieją w człowieku jeszcze przed podróżą.

Rozumiem to. Samarkanda, Buchara, Chiwa, Amu-daria i Syr-daria brzmią, zanim człowiek dobrze wie, co właściwie oznaczają.

Terzani długo nosił Samarkandę w wyobraźni. Kiedy wreszcie do niej dotarł, rzeczywistość nie od razu chciała współpracować z marzeniem. Trafił do miasta dopiero wychodzącego z epoki sowieckiej. Dawny świat pozostawał widoczny, ale wyglądał jak coś, co przez dziesięciolecia odsuwano od własnego życia.

Została mi w pamięci jego myśl: skoro wreszcie zobaczył Samarkandę, być może już nigdy nie będzie mógł marzyć o niej tak jak wcześniej. U mnie pierwsza podróż skończyła się kolejnym wyjazdem, a później następnymi. Zobaczenie miejsca zmieniło jego obraz w mojej głowie i dało mi powód, żeby wracać.

Pamięć z podróży ma własną hierarchię, która niewiele ma wspólnego z przewodnikiem. Obok mozaik, kopuł i historii imperiów zostały mi baranina, plov, czarna herbata i ayran. Smak herbaty potrafi wrócić szybciej niż data budowy medresy.

W rozmowach powracała również duma ludzi z własnej historii i gościnności. Widać ją było w drobnych sytuacjach i w sposobie opowiadania o mieście, rodzinie oraz kraju. Gościnność nie brzmiała jak wynalazek branży turystycznej. Miała być czymś starszym, przekazywanym razem z pamięcią o przodkach i drogach, które kiedyś prowadziły przez te ziemie.

Kiedy to tutaj był środek świata

Terzani zauważa w swojej Samarkandzie także ciszę islamu. Medresy i minarety nadal stoją, ale sowieckie dziesięciolecia gruntownie zmieniły życie religijne. Sam nie pamiętam muezzinów z Samarkandy. Później słyszałem ich w Andiżanie i zastanowiło mnie, jak inaczej mogą brzmieć dwa miasta w tym samym kraju.

Registan przypomina mi również o świecie, w którym religia, nauka, handel i władza nie mieściły się łatwo w osobnych szufladach.

Na placu stoi medresa Ulugbeka, wnuka Timura. Dziadek budował imperium, wnuk próbował zmierzyć niebo. Kilka stuleci wcześniej przez sogdyjskie ziemie, których centrum stanowiła starożytna Marakanda, przeszedł Aleksander Wielki. To właśnie tutaj jego podbój przestał być szybkim marszem. Opór Sogdiany i Baktrii zatrzymał go na kilka lat.

Historia widoczna dziś na powierzchni jest tylko jedną z wielu warstw tego miejsca.

Z Europy łatwo patrzeć na Samarkandę jak na miejsce dalekie, peryferyjne i egzotyczne. Każda mapa ma jednak środek wybrany przez tego, kto na nią patrzy. Kiedy Samarkanda była jednym z najważniejszych miast tej części świata, to do niej przyjeżdżali kupcy, uczeni, pielgrzymi i posłowie. Razem z nimi podróżowały towary, języki, religie, wiedza i historie.

Dzisiaj również spotykają się tam różne światy, choć przyjeżdżają w inny sposób. Ostatnio szczególnie zwróciłem uwagę na Włochów. Ludzie z kraju, w którym można spędzić całe życie na oglądaniu własnych zabytków, lecą kilka tysięcy kilometrów, żeby stanąć na Registanie. W Uzbekistanie przewodnicy uczą się włoskiego. Dawniej na plac docierała karawana, dziś podjeżdża autokar.

Nie psujmy dobrej historii

Z Trębaczem z Samarkandy Ksawerego Pruszyńskiego zetknąłem się właśnie tutaj. Podczas mojego pierwszego pobytu historię opowiedziała mi na Registanie przyjaciółka z Gdańska.

Zachwyciło mnie, że opowieść znana w Polsce niemal wszystkim może wyglądać zupełnie inaczej, jeśli przejdzie się na drugą stronę wydarzeń. Hejnał mariacki, trębacz, strzała i urwany dźwięk należą do historii, które poznajemy tak wcześnie, że z czasem prawie przestajemy zauważać, iż są tylko jedną wersją opowieści. Pruszyński pokazuje jej drugą stronę: Samarkandę.

Podczas kolejnych pobytów zacząłem pytać o tę historię mieszkańców miasta. Część rozmówców wie coś o polskich żołnierzach i pamięć o ich obecności nadal istnieje. Kiedy jednak pytam dokładniej o trębacza, przepowiednię i hejnał, zwykle pojawia się łagodny uśmiech oraz odpowiedź, że trzeba porozmawiać ze starszymi.

Słyszałem w tym mniej więcej: „Nie mam pojęcia, ale po co mielibyśmy psuć tak dobrą historię?”.

Kiedyś zależało mi na sprawdzeniu, czy opowieść Pruszyńskiego była prawdziwa. Dzisiaj bardziej interesuje mnie, dlaczego tak bardzo chciałem, żeby była. Dobra historia staje się szczególnie podejrzana wtedy, kiedy bardzo zależy nam na jej prawdziwości.

Terzani w swojej Samarkandzie robi coś podobnego. Słucha legend o proroku na dnie studni, świętych grobach, Temurze, klątwach i cudach. Co jakiś czas odsuwa się jednak o krok i pyta, czy mogło być inaczej, czy ktoś dopisał historię później i komu legenda była potrzebna.

Legenda nic na tym nie traci. Zaczyna opowiadać o przeszłości i o ludziach, którzy ją powtarzają. Dlatego bardziej interesuje mnie dziś uśmiech mieszkańca Samarkandy niż ostateczny werdykt w sprawie przepowiedni Pruszyńskiego.

Ryszard Kapuściński widział jeszcze inną Samarkandę. Pisał o niej podczas podróży po radzieckiej Azji Środkowej, a później część tego materiału znalazła się również w Imperium. Przytacza radę, by oglądać Samarkandę podczas pełni, w księżycową noc.

Widziałem Registan po zmroku, także podczas współczesnego widowiska światła i dźwięku. Fasady zamieniają się wtedy w ekran, muzyka buduje spektakl, a historia zostaje opowiedziana światłem. Robi to wrażenie.

Oświetlony Registan nocą z sylwetkami ludzi na pierwszym planie
Registan po zmroku.

Gdybym jednak miał zachować jeden Registan, wybrałbym świt: remontowaną część kompleksu, rozmowę z ochroniarzem, wschodzące słońce i kopułę, której szukam przy każdym kolejnym przyjeździe.

Z każdym powrotem Registan stawał się dla mnie mniej egzotyczny, ale niczego przez to nie tracił. Za pierwszym razem człowiek chce zobaczyć wszystko. Później może pozwolić sobie na to, żeby czegoś nie zobaczyć, usiąść, nie zrobić zdjęcia albo zostać dłużej w jednym miejscu. Nie musi już żegnać się ze wszystkim jednocześnie.

Wtedy miejsce przestaje być wyłącznie atrakcją. Zaczynam mieć własną drogę, ulubioną kopułę i wspomnienia, które z każdym powrotem układają się trochę inaczej. Wtedy znowu przypominają mi się dwa przekłady Bułhakowa. Żaden nie zmienia oryginału, ale każdy wydobywa z niego trochę coś innego. Z Registanem chyba dzieje się podobnie. Plac pozostaje na swoim miejscu. To ja za każdym razem przywożę ze sobą inny język.

Kiedyś sam mówiłem, że Uzbekistan jest „magiczny”. Dziś to słowo coraz mniej mi pasuje. Ładnie brzmi, ale właściwie niczego nie wyjaśnia.

Samarkanda stała się dla mnie ważna, bo do niej wracałem. Najpierw istniała ta, której jeszcze nie widziałem: z książek, nazw, Chajjama, Jedwabnego Szlaku i starców z długimi białymi brodami, których moja wyobraźnia rozstawiła po Uzbekistanie nieco gęściej niż rzeczywistość. Potem pojawiła się Samarkanda prawdziwa i zaczęła ten obraz poprawiać. Z czasem doszły do niej historie Pruszyńskiego, Terzaniego, Kapuścińskiego i ludzi spotkanych na miejscu.

Kiedy kolejny raz wjeżdżam do miasta, wypatruję znajomej kopuły. Gdy pojawia się gdzieś pomiędzy budynkami, wiem, że wróciłem.

Oryginał nadal stoi. Tylko tłumacz znowu się zmienił.

Źródła i kontekst