Baku nie pachniało ropą.

A przecież miało.

Tak przynajmniej słyszałem od ludzi, którzy byli tam wcześniej. Pasowało mi to zresztą do obrazu Azerbejdżanu, który przez lata nosiłem w głowie: była republika radziecka, Morze Kaspijskie, ropa, gaz, szyby naftowe, Alijewowie i wielkie pieniądze wyciągane spod ziemi.

W najbardziej prymitywnej wersji tej historii wystarczyło wbić szpadel i uważać, żeby nie zostać nafciarzem.

Tymczasem przyleciałem do Baku i nic.

Żadnego charakterystycznego zapachu.

Było to pierwsze drobne pęknięcie w obrazie, z którym tam przyjechałem.

Nie poleciałem jednak do Azerbejdżanu dla ropy. Poleciałem przede wszystkim dlatego, że ten kraj od dawna mi nie pasował.

Byłem wcześniej w Gruzji i Armenii, Turcji i Iranie. Azerbejdżan leżał pomiędzy światami, które już trochę znałem, a jednak nie dawał się przypisać do żadnego z nich. Muzułmański, ale nie irański. Bliski Turcji, ale nie turecki. Kaukaski, lecz zupełnie inny od Gruzji i Armenii. Postsowiecki, choć Baku robiło wiele, żeby właśnie to słowo nie zostało w głowie na długo.

Miałem też gdzieś w pamięci Alego i Nino. Kiedy później stanąłem przy Wieży Dziewiczej, przypomniała mi się książka i ten dawny świat, w którym Wschód i Zachód nie były jeszcze tylko kierunkami na mapie.

Nie przyjechałem więc po gotową odpowiedź.

Raczej zobaczyć, dlaczego te, które już miałem, nie chcą się ze sobą zgodzić.

Ogień był tu wcześniej

Ropa jest stara, ale nasze myślenie o niej jest bardzo współczesne.

Baryłka. Rafineria. Pieniądze. Geopolityka. Benzyna. Gaz.

Z ogniem jest inaczej.

Ogień był święty, zanim stał się przemysłowy.

Na Abszeronie ziemia naprawdę potrafi płonąć. Dzisiaj nie ma w tym wielkiej tajemnicy. Gaz wydostaje się ku powierzchni, zapala i geologia wyjaśnia sprawę.

Tylko że kiedy tam byłem, wrócił mi zoroastryzm.

Nie w uproszczonej wersji „religii czcicieli ognia”. Ogień był tam czymś więcej: znakiem czystości, prawdy, właściwego porządku.

Płomienie w kamiennym wnętrzu kompleksu Ateszgah
Ogień w kompleksie Ateszgah na półwyspie Apszerońskim

I zacząłem się zastanawiać nad banalnym na pozór pytaniem.

Czy jeśli wiemy, jak coś działa, to rzeczywiście wiemy już wszystko?

Człowiek sprzed dwóch tysięcy lat widział ogień wychodzący z ziemi i mógł szukać w nim sacrum.

Ja widzę gaz.

Wiem więcej.

Nie jestem pewien, czy zawsze oznacza to, że widzę więcej.

Może religia rodziła się czasem z niewiedzy. Zapewne tak.

Ale może rodziła się również z umiejętności pozostawienia rzeczy choć trochę niewyjaśnionej.

Współczesność nie przepada za takim stanem.

Kiedy poznajemy mechanizm, mamy skłonność uznawać sprawę za zamkniętą.

A przecież wyjaśnienie płomienia nie odpowiada jeszcze na wszystkie pytania, które człowiek może zadać, stojąc przed ogniem.

Bogowie też podróżują

Podobnie zacząłem patrzeć na karawanseraje.

Na pierwszy rzut oka to po prostu dawne zajazdy. Kupiec przyjeżdżał, zabezpieczał towar, odpoczywał, karmił zwierzęta, spał i rano ruszał dalej.

Tylko że Jedwabnym Szlakiem nigdy nie podróżował sam jedwab.

Podróżowały języki, technologie, przepisy, idee i religie.

Kupiec zabierał ze sobą więcej niż towar.

Zabierał Boga.

Albo bogów.

Modlitwę. Zakaz. Sposób chowania zmarłych. Przekonanie o tym, co jest czyste, a co nieczyste. Swoją odpowiedź na pytanie, skąd wzięło się zło.

I nagle karawanseraj przestał mi się wydawać dawnym hotelem.

Wolałem wyobrażać sobie dziedziniec, przy którym przez jedną noc siedzieli ludzie mówiący różnymi językami i żyjący w różnych wersjach rzeczywistości.

Jeden wiedział, że Bóg jest taki.

Drugi równie mocno wiedział, że jest inny.

Trzeci być może wiedział, że jest ich wielu.

A rano wszyscy ruszali tą samą drogą.

Może właśnie dlatego pogranicza są tak ciekawe. W centrum łatwo uwierzyć, że własna wersja świata jest oczywista. Na szlaku prędzej czy później spotyka się kogoś, dla kogo równie oczywiste jest coś zupełnie przeciwnego.

Podróż ma tę zaletę, że nie pyta nas, czy jesteśmy gotowi na wyjątek od własnej reguły.

Po prostu stawia go obok.

Polacy w mieście ropy

Baku miało dla mnie jeszcze jedną niespodziankę: polskie ślady.

Kiedy ktoś dowiadywał się, że jestem z Polski, bardzo często chciał opowiedzieć mi o polskich architektach. Najczęściej wracały nazwiska Józefa Gosławskiego i Józefa Płoszki.

Problem polegał na tym, że przeczytałem o nich przed podróżą.

I czasami widziałem autentyczne rozczarowanie.

Rozmówca właśnie szykował bardzo dobrą niespodziankę dla Polaka, a Polak bezczelnie już ją znał.

Było w tym coś sympatycznego. Nie chodziło tylko o wiedzę historyczną. Była w tym duma z własnego miasta i chęć pokazania mi fragmentu Baku, który mógł być także trochę mój.

Polskich śladów było zresztą więcej. Pracowali tu również Kazimierz Skórewicz i Eugeniusz Skibiński.

A kiedy zacząłem szukać polskich związków z bakijską ropą, pojawiło się kolejne nazwisko.

Witold Zglenicki.

Polski geolog, który pod koniec XIX wieku znalazł się w Baku, badał tamtejsze złoża i myślał o wydobyciu ropy spod dna Morza Kaspijskiego.

Ignacy Łukasiewicz jest dla nas naturalnym skojarzeniem z początkiem przemysłu naftowego. Bezpośrednim polskim kontekstem Baku pozostaje jednak Witold Zglenicki.

I znowu Azerbejdżan robił coś, czego się nie spodziewałem.

Jechałem szukać obcego kraju, a ten co jakiś czas wyciągał z kieszeni kawałek Polski.

Kiedy ogień zaczął zarabiać

W Bibi-Heybat pod Baku w połowie XIX wieku wykonano jeden z pierwszych na świecie mechanicznie wierconych szybów naftowych.

Drewniana konstrukcja szybu naftowego na tle nieba
Drewniana konstrukcja szybu naftowego w Baku

Potem przyszli Nobelowie.

Robert i Ludvig Nobel zbudowali w Baku ogromny biznes naftowy. Z rodzinnym przedsięwzięciem finansowo związany był również Alfred Nobel.

To ciekawy moment w historii ognia.

Przez wieki płomień wychodzący z ziemi mógł być znakiem.

Potem człowiek nauczył się go dokładnie mierzyć.

I sprzedawać.

Nie piszę tego z nostalgią za światem bez przemysłu. Ropa zmieniła cywilizację. Ogrzewała, napędzała, budowała miasta i fortuny.

Ale jest coś fascynującego w tym, że ta sama ziemia może najpierw skłaniać człowieka do pytania o Boga, a kilka stuleci później do liczenia stopy zwrotu.

Płomień się nie zmienił.

Zmieniło się pytanie.

Kiedyś: co to znaczy?

Potem: ile to jest warte?

Nie wiem, które pytanie jest ważniejsze.

Wiem tylko, że świat staje się trochę uboższy, kiedy zaczynamy uważać, że drugie automatycznie unieważnia pierwsze.

Mały Dubaj, Mała Wenecja

Współczesne Baku bardzo lubi być oglądane.

Miejscami przypominało mi mały Dubaj.

Wieżowce, szerokie arterie, światło, Flame Towers i architektura, która nie udaje skromności.

Jest też Muzeum Dywanów.

Azerbejdżan ma wielką tradycję tkacką, więc muzeum dywanów mieści się w budynku przypominającym ogromny zwinięty dywan.

Budynek Muzeum Dywanów w Baku przypominający zwinięty dywan
Muzeum Dywanów w Baku

To bardzo dosłowne.

Jakby ktoś obawiał się, że samo muzeum może nie wystarczyć i przypadkowy przechodzień nie zrozumie, o czym jest wystawa.

A kawałek dalej jest Mała Wenecja.

Kilka kanałów.

Gondole.

Gondolierzy.

I kolejka.

Wychowałem się nad wodą, więc pewnie nie jestem w tej sprawie obiektywny. Patrzyłem jednak z autentycznym niedowierzaniem na ludzi czekających, żeby zapłacić równowartość mniej więcej pięćdziesięciu złotych za kilka minut pływania gondolą po sztucznych kanałach.

Mała Wenecja w mieście, które chwilę wcześniej nazwałem małym Dubajem.

Najpierw pomyślałem: groteska.

Potem przyszło pytanie mniej wygodne.

A właściwie dlaczego?

Jeżeli ktoś ma ochotę zapłacić za kilka minut na wodzie i sprawia mu to przyjemność, co dokładnie jest w tym nieracjonalnego?

Może problem nie leżał w nich.

Może to ja uznałem własne przyzwyczajenie do wody za obiektywną miarę wartości.

Podróżowanie bardzo pomaga dostrzegać dziwactwa innych ludzi.

Ze swoimi radzi sobie znacznie gorzej.

I tutaj Bułhakow wrócił mi do głowy.

Nie przez Wolanda, Behemota czy jakąkolwiek dosłowną analogię.

Raczej przez tę jego szczególną przyjemność w ustawianiu człowieka w sytuacji, w której ten najpierw śmieje się z absurdu, a chwilę później odkrywa, że sam bierze udział w przedstawieniu.

Liturgia władzy

Około dziewiątej rano przeszedłem podziemnym przejściem pod Heydara Alijewa Prospekt.

Dopiero przed dalszym przejściem przez ulicę zatrzymał mnie policjant.

Spokojnie wyjaśnił, że za chwilę przejedzie prezydent.

O dziewiątej rano prezydent już nie spał.

Zostałem więc po jednej stronie ulicy.

Obok czekali Azerowie.

Po chwili środkiem pustej arterii przejechała kawalkada samochodów.

Najbardziej zapamiętałem nie samą kolumnę.

Zapamiętałem różnicę reakcji.

Ja byłem zdziwiony.

Ludzie obok mnie nie.

I w tym miejscu bardzo łatwo byłoby napisać coś efektownego o Azerbejdżanie, władzy i społeczeństwie.

Nie chcę.

Kilka letnich dni w obcym kraju daje prawo do obserwacji. Nie daje prawa do socjologii.

Jedna scena jest jedną sceną, nawet jeśli świetnie pasuje do teorii.

Ale została mi w głowie z innego powodu.

Pomyślałem o liturgii.

Władza, podobnie jak religia, zna znaczenie gestu, przestrzeni i rytuału.

Mundur.

Porządek.

Kolumna samochodów.

Pusta ulica.

Ludzie, którzy wiedzą, kiedy trzeba się zatrzymać.

Najbardziej trwałe rytuały to chyba nie te, które robią największe wrażenie.

Raczej te, których po pewnym czasie nikt już nie zauważa.

Prezydent jedzie.

Czekamy.

Prezydent przejechał.

Idziemy dalej.

I być może właśnie słowo „normalne” jest jednym z najciekawszych słów w opowieściach o władzy.

Kaukaz jest Władcą

Rozległa dolina i skalne ściany Kaukazu
Kaukaz, Azerbejdżan

Nie wszystko w Azerbejdżanie zrobiło na mnie wielkie wrażenie.

Błotne wulkany były małe.

Pojechałem. Zobaczyłem. Nie zachwyciłem się.

I nie widzę powodu, żeby udawać coś innego.

Turysta ma naturalną potrzebę uzasadniania własnych decyzji. Skoro jechałem daleko, zapłaciłem i straciłem pół dnia, to przecież musiało być warto.

Nie musiało.

Rzeczywistość nie ma obowiązku uzasadniać kosztów naszej podróży.

A potem pojawił się Kaukaz.

I ironia przestała być potrzebna.

Kaukaz jest Władcą.

W Khinaligu miałem wrażenie wejścia do zupełnie innego świata.

Kamień. Wąskie przejścia. Domy wpisane w zbocze. Surowy krajobraz i życie podporządkowane skali narzuconej przez góry, a nie przez architekta.

Kamienne zabudowania Khinaligu na tle gór
Khinalig, Kaukaz, Azerbejdżan

I mnóstwo turystów.

Oczywiście.

To trochę psuje romantyczną opowieść o miejscu „nietkniętym przez współczesność”.

Ale skoro dotarłem tam ja, dlaczego mieliby nie dotrzeć inni?

Turysta ma osobliwy stosunek do autentyczności.

Chce ją odnaleźć, ale kiedy już ją odnajdzie, bardzo przeszkadzają mu ludzie, którzy przyszli szukać dokładnie tego samego.

Najlepiej byłoby, gdyby świat pozostał dziewiczy do chwili naszego przyjazdu, a potem zamknął drogę.

Kaukaz zdawał się tym zupełnie nie przejmować.

Mała Wenecja potrzebuje kogoś, kto zgodzi się nazwać ją Wenecją.

Muzeum Dywanów potrzebuje człowieka, który rozpozna dywan.

Reprezentacyjna architektura potrzebuje widza.

Władza potrzebuje ludzi, którzy zejdą jej z drogi.

Góry nie potrzebują nikogo.

Są.

I chyba właśnie dlatego uwierzyłem im najbardziej.

Ogień wrócił

Wracaliśmy z Kaukazu wieczorem, kiedy na obrzeżach Baku zobaczyłem płomień.

Płonący szyb albo instalacja przemysłowa wyrzucały ciemny dym.

Płomień i czarny dym nad instalacją przemysłową na obrzeżach Baku
Płonąca instalacja na obrzeżach Baku

Nie wyglądało to jak święty ogień.

Nie wyglądało jak Flame Towers.

Wyglądało jak przemysł.

I pomyślałem o drodze, jaką człowiek przeszedł z ogniem.

Od znaku do surowca.

Od pytania o sacrum do pytania o wydajność spalania.

Nie mam zamiaru twierdzić, że świat starożytny był przez to mądrzejszy.

Współczesność zdecydowanie lepiej ogrzewa mieszkania.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego tak często zakładamy, że nowe pytanie musi unieważnić stare.

Można przecież wiedzieć, z czego bierze się płomień, i nadal pytać, co człowiek robi z tym, co dostał od ziemi.

Ropa czekała do końca

Spędziłem w Azerbejdżanie kilka letnich dni.

Za mało, żeby go zrozumieć.

Wystarczająco długo, żeby przestać ufać temu, co wydawało mi się o nim oczywiste.

Zobaczyłem kraj ropy, który nie pachniał ropą.

Kraj ognia, w którym ten sam płomień prowadził mnie od zoroastryzmu do przemysłowego szybu.

Miasto patrzące w przyszłość i jednocześnie z dumą pamiętające Gosławskiego i Płoszkę.

Karawanseraje, którymi obok towarów podróżowały idee i religie.

Zglenickiego i Noblów.

Mały Dubaj.

Małą Wenecję.

Muzeum Dywanów, które samo wygląda jak dywan.

Władzę, dla której na chwilę zatrzymano przejście przez ulicę.

I Kaukaz, który nie musiał niczego zatrzymywać ani nikogo przekonywać.

Przed podróżą sądziłem, że Azerbejdżan jest brakującym elementem mojej układanki.

Po kilku dniach przyszło mi do głowy coś mniej wygodnego.

Może z elementem od początku wszystko było w porządku.

Może źle ułożyłem resztę.

A potem przyszła ostatnia noc.

Jechaliśmy na lotnisko. Baku powoli zostawało za nami. Nie szukałem już odpowiedzi.

Nie szukałem nawet ropy.

I właśnie wtedy ją poczułem.

Ten ciężki, charakterystyczny zapach.

Ropa.

Dopiero kiedy wyjeżdżałem.

Uśmiechnąłem się.

Przez kilka dni Baku skutecznie odciągało mnie od najprostszego wyjaśnienia siebie. Pokazywało ogień starszy od przemysłu, karawanseraje, Polaków, Noblów, gondole, dywany, władzę i góry.

A kiedy właściwie było już po wszystkim, jakby przypomniało sobie o puencie.

Ropa też była prawdą.

Tylko nie całą.

Źródła i kontekst